Gorące tematy: Wybory Parlamentarne 2019 Ryszard Opara: „AMEN” Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
941 postów 15436 komentarzy

Od rodziny do cywilizacji

Krzysztof J. Wojtas - Zainteresowania z różnych dziedzin. Wszystko po to, aby ustalić wartości, jakimi warto się kierować w wyborach.

Opary Opary

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Nasz boss zamieścił 117 odcinków autobiografii, czyli circa po 3 strony na odcinek. Gruba księga. Jeszcze troch wysiłku i byłaby neonowa biblia.

 Przyznam, że niektóre odcinki czytało się bez przymuszania, niektóre z oporami, a były i takie, że tylko frazy.

Niemniej - należy docenić wysiłek Autora, który chciał się z Czytelnikami podzielić swymi doświadczeniami życiowymi.
Pozwolę sobie, przy szacunku dla trudu i otwartości, zamieścić własne uwagi dotyczące tej działalności epistolarnej.
 
Moje skojarzenia dotyczą tego, co można zachować w pamięci włączając je w uniwersalna pamięć wzbogacającą nasze człowieczeństwo poprzez wskazanie jakichś wartości, które powinniśmy w sobie kształcić.
 
I tu, z pewnym nawet żalem, muszę stwierdzić, że takowych nie dostrzegam.
Są bowiem opisy indywidualnych doświadczeń - nawet nie traktowanych jako doświadczenie, a raczej "zaliczanie" kolejnych faz życiowych. Bo nie da się wyodrębnić wzrostu świadomości "młodego Opary" wynikającej z choćby nabywanych umiejętności handlowych; w wieku statecznym jego stosunek do dóbr materialnych, w tym pieniędzy, ma taki sam charakter - są to środki budowania własnego znaczenia, a nie środki realizacji jakichś celów.
Na pewno wskazana postawa jest dominująca - bo realizacja celów pobocznych też oczywiście miała miejsce.
 
Ta budowa własnej pozycji poprzez posiadanie nacechowana jest ciągłymi porażkami, które niczego nie uczą.
Bo po uzyskaniu znacznych środków w Australii - został wyautowany, gdy sięgnął po kąsek zbyt duży.
Powrót do Polski i próby zbudowania własnego imperium tutaj - miały charakter podobny "drogi australijskiej": różne próby usadowienia się, a gdy "duże misie" zorientowały się w możliwościach - Opara został wyautowany. Tyle, że bardziej bezwzględnie niż w Australii.
 
I znowu: czy była to lekcja? Oczywiście, że nie, bo wchodzi nasz bohater na ścieżkę polityczną.
To można śledzić na bazie NE i NEONU. Znowu okazuje się, że brak podstaw do budowania pozycji politycznej. Brak idei, a tylko przekonanie, że jest tak doskonały, że zajmując "stołek" może rozwiązywać problemy na skalę kraju.
 
Czyli żadnych refleksji. Dominuje przekonanie o własnej wyjątkowości, a brak ideowości.
 
Końcowe odliczanie jest dokładnie takie samo w podejściu do problemu; tak jak wcześniej zakładał budowę ośrodków medycznych, tak teraz postawił na aparaturę medyczną.
I tak jak poprzednio - nie ma dostatecznie ugruntowanych podstaw do rozwijania kierunku. Liczy, że wystarczy dać wytyczne, a reszta sama się zrobi.
Niestety - w życiu tak nie jest.
 
Można refleksyjnie stwierdzić, że każdy człowiek ma w życiu "swoje 5 minut", czyli taki czas, gdy udaje mu się realizować postawione cele. Mogą być różne -  jest zdobywanie pieniędzy, kobiet, wiedzy - i to na różnych poziomach realizacyjnych.
Dla jednego będzie to kwota wystarczająca na uzyskanie (kupno) mieszkania, a dla innego i pałac to za mało. Chcą wpływać swymi decyzjami na losy świata.
Problemem jest to, że zwykle ta passa zostaje przerwana i to zazwyczaj w sytuacji, gdy delikwent traktuje korzystne dla siebie zbiegi okoliczności jako stan naturalny. Następuje rozczarowanie do wszystkich i wszystkiego. Bywa, że i załamanie.
 
Dlatego mam pytanie do p. Opary, ale i do innych Czytelników: czy z treści doświadczeń wynika, że doświadczenia zdobywamy po to, aby umieć wskazać sobie cel, który chcemy i możemy osiągnąć i to taki, który nie wykracza poza nasze faktyczne możliwości?
 
Na amen tego w "Amen" nie zauważam...

KOMENTARZE

  • Szanowny autorze
    http://m.neon24.pl/75dde5467a92153666497306f86b9c54,13,0.jpg


    może Pan zdobywasz doświadczenia, ja się tym nie zajmuję,

    doświadczenia, to mnie spotykają, jak katastrofy.

    Nigdy nie wygrałem w loto, a nawet jestem poniżej przeciętnej, jak się wygłupię, to nie mam nawet jedynki.

    Za to kiedyś miałem czołówkę karaluchem, z której wyszedłem tylko z lekkimi obrażeniami, sic! w bagażniku przede mną był kanister pełen benzyny, a za mną, w kabinie, karton koniaku, który roztrzaskał mi się na plecach.

    Coś, za coś. Najwyraźniej przeznaczony jest mi los szaraczka, którego nic szczególnego w życiu nie spotka.

    Ponadto, każdy ma swój charakter. Naiwni mają złudną nadzieję, że gdyby mogli powtórzyć życie, mając pamięć "doświadczeń" z pierwszego, to postępaliby inaczej, mądrzej. Nic bardziej błędnego. Każdy wkracza w stare koleiny, do nich został stworzony, i nawet pamięć klęski go nie odstrasza, postępuje i tak wegług własnego charakteru i przeznaczenia.

    Była nawet taka mydlana opera, pogardzana przez wszystkich, dla mnie odkrywcza.

    Ja, np. obiecałem umierającej, że będę najpierw robił to, co niezbędne. Tymczasem nadal od czasu do czasu tracę go na neonie.

    Rumieniec wstydu więc towarzyszy tej klepaninie w klawisze.
  • @interesariusz z PL 18:40:40
    Straszne - koniaku żal. Widocznie się nie należał.

    PS. Doświadczanie - może rzeczywiście jest naszym przeznaczeniem. Pytanie, czy wyciągamy wnioski i czy próbujemy to wykorzystać w sposób aktywny.
  • @Krzysztof J. Wojtas 20:41:07
    Doświadczenie doświadczeniem, wnioski wnioskami, a i tak przeważnie postępujemy według swoich utartych szablonów. Przynajmniej ja się na tym wielokrotnie złapałem. Wiedziałem z doświadczenia co muszę zrobić, a robiłem wg. swoich schematów, czyli przyzwyczajenie było silniejsze niż racjonalny wybór.
  • @zadziwiony 22:35:18
    Cóż. Też tak mam.
    Chyba w tym wszystkim chodzi o to, aby
    zamknąć jakiś rozdział zrozumieniem. Może ono przychodzi na końcu?

    Ale chyba są też tacy, którzy robią to wcześniej - wtedy koniec życia mają spokojny.
    Są też tacy, którzy nie osiągają celu. Tym trudno rozstać się życiem i przedłużać go chcą w nieskończoność. Męczą się.
  • Ja większość ale nie wszystkie
    skopiowałam P.Opary. Może pomożemu mu wydać kiążkę?
  • KJW
    Aleś wysmażył...
    Lecz wiem dlaczego. Gdyż właściwie wiele się nie różnicie. Podobne marzenia, a może obsesje?
    Tylko problem skali strasznie ciebie denerwuje i wzbudza te brzydkie zawiści i zazdrości.
    Siedzisz sobie w tej swojej hacjendzie, uprawiasz to co chcesz, jakoś to ładnie się kręci i powinieneś być zadowolony. A nie jesteś. Nawet masz dosyć czasu na rozmyślanie. Tylko... ten problem skali.

    Bo oto człowiek, którego dobrze znasz zaczął, jak to bywa w słusznym wieku, podsumowywać swój życiorys. I zrobiło ci się gorzko.
    Bo oto, hacjenda hacjendą, prowincjonalny szacunek i może nawet podziw, a tu człowiek, którego znasz, miał horyzont poza stratosferą. Działał światowo, choć jak z przekąsem podkreśliłeś, dwukrotnie potężnie przegrał. Lecz czy te jego przegrane nie znaczą więcej niż twój dostatek? Największe przedsięwzięcie, które stworzył, choć dziś już nie jego, właśnie przekroczyło wartość 20 miliardów dolarów. Robi wrażenie, prawda?

    Wiem, wiem, co powiesz: - i tak wszyscy wkrótce zamienimy się w kupę pyłu, nieważne czy miliardy, czy moje złotówki.
    Lecz nie w tym rzecz. On nadal nie przestał marzyć, ciągle coś gada o nieśmiertelności.
    A na dodatek właśnie się bierze za kolejny projekt. I znowu światowy, nie prowincjonalny.
    To rzeczywiście może wkurwić.
    Oczywiście jako przyzwoity Krzysztof, głośno tego nie powiesz.
    Ale tak właśnie może ci się kłębić w głowie. A może nie i to mi się kłębi w głowie...

    Serdeczności
  • @Janusz Kamiński 06:24:04
    Oj, w tym Trójmieście to same materialisty som;-)))

    I w tych kategoriach myślą i rozumują.
    Rozumiem zachwyt skalą u Opary. Tylko, gdyby np. udało mu się skierować zainteresowania w inne dziedziny, toczy efekt byłby inny?
    Taki Napoleon - miał bardzo podobne osiągnięcia. Skala tylko większa i w innej dziedzinie. Ale efekt końcowy - bardzo podobny. Też na koniec pozostały tylko spacery.
    Opara jest lepszy, bo napisał książkę, a Napoleon, leń jeden, nie!!!

    Moją refleksją jest pytanie o to, co pozostawiamy za sobą. Czy nasza droga życiowa jest w jakimś stopniu godna i możliwa do naśladowania.
    Czy Kolega Kamiński mógłby i chciał powtórzyć drogę Opary?


    Natomiast - czy jesteśmy jakoś podobni?
    W pewnym sensie - tak. Tego nie przeczę. Różnica polega na tym, że Opara cały czas działa (teraz też) w sferze materialnej (bo marzy o maszynie do przedłużania życia - kwantowej).
    Natomiast ja uważam, że rozwiązania godności ludzkiego życia poszukiwać należy w relacjach względem otoczenia.
    I to wszystko.
  • @Krzysztof J. Wojtas Janusz Kamiński
    Poszukuję szczęśliwego człowieka i spełnionego!!!!
    Też mam jak u Opary, choć skala nieporównywalna. Góra, upadek, góra upadek i też mam jeszcze coś do zrobienia. Wiem, że jak nie zrobię to w smutku będę odchodził , a testosteronu coraz mniej i wojować już się nie chce. P. Opara trochę swoim zaangazowaniem na duchu mnie podnosi i przekonuje, że można.
    Drugi przykład. Ojciec mojego kolegi lat 98 codziennie do pracy na godzinę 9 przybywa swoim BMW 750... Także drodzy emeryci - do roboty!!!! Wszystko przed Wami.
  • @Krzysztof J. Wojtas 08:02:04
    Ja i materialista ?! Chyba sobie żartujesz!

    Ja jestem spuścizną generacji, gdzie się pieniądze miało, ale nie robiło się biznesów. To było takie niegodne, wręcz obrzydliwe. A krótko mówiąc - takie żydowskie.
    Tak więc nigdy nie kupowałem żadnych Bentley'ów, czy nawet Jaguarów, tylko solidny, porządny i komfortowy samochód (a merce i beemwice to już totalny obciach - "cygańskie fury").

    Ale żyć oczywiście było trzeba. Więc starałem się w swej dziedzinie dojść jak najwyżej i zostać ekspertem. Nie żeby ktoś potrzebujący mówił potrzebujemy dobrego ETO, speca DP, czy automatyka, tylko potrzebujemy Kamińskiego. Oczywiście, że to łechtało moją próżność ( na szczęście, jak radzi św. Bernard z Clairvaux, najgorszy z grzechów głównych - pycha, nie jest moim udziałem). I wszystkie moje zarobki miały tylko zapewnić mnie i moim bezpieczeństwo - najważniejszy element w dążeniu do szczęści.

    Ty, jak zdążyłem się zorientować, też raczej nie jesteś nieszczęśliwy.
    Nie mniej trzeba obiektywnie docenić ludzi, którzy biorą się za wielki, nawet światowe przedsięwzięcia.
    Obecnie moim idolem w tym sektorze jest Elon Musk, twórca projektu Tesla, dzięki któremu za 10 lat będziemy jeździli tylko elektrycznymi samochodami (nigdy nie kupuj hybrydy! To tymczasówka).

    Natomiast imperatyw, by koniecznie coś wielkiego zostawić po sobie, charakteryzuje ludzi, u których ego wygrało z rozumem. Einstein zostawił po sobie coś tak niezwykle wielkiego mimochodem. Wcale się nie interesował, co inni myślą, albo co będą myśleć.

    Zobacz jakie miernoty i autentyczni analfabeci piszą dzisiaj książki. A kto ma forsę, to weźmie sobie ghostwritera, który zrobi książkę z jego niegromotnych blablań i wynurzeń. Nawet Danuta Wałęsowa "napisała" książkę, gdy, jak ktoś wyliczył, w mowie ona używa tylko 1000 słów.

    Relacja względem otoczenia? To jest w moim katalogu definicja inteligencji. Wcale nie największy element mądrości.

    Pozdrawiam
  • @zadziwiony 10:54:03
    Budda był szczęśliwy; wystarczy popatrzeć jak się uśmiecha.

    Ale w młodości też parę razy "kopa" zarobił.
  • @Janusz Kamiński 11:10:16
    "Tak więc nigdy nie kupowałem żadnych Bentley'ów, czy nawet Jaguarów, tylko solidny, porządny i komfortowy samochód (a merce i beemwice to już totalny obciach - "cygańskie fury")."

    No nie - to nie materializm?
    Ja tam jeżdżę tylko kiedy muszę. Jak mogę - to chodzę.
    Wyżej używanego VW nigdy nie miałem - i nie odczuwam z tego tytułu żadnej ujmy. Codziennie chadzam z kijkami - jakieś 1 h. Latem pływam - ok. 100 m (własny mały basen - tyle mi starczy).

    A z tym Einsteinem - to trochę przesady.
    Raz, że TW to plagiat, dwa, że Einstein bardzo dbał o swój image. Chyba braki wiedzy w tej mierze - nie mówiąc, że o ten image dbali bardzo też jego współbracia.
  • @Krzysztof J. Wojtas 11:36:44
    Jeżdżę bo muszę. Robię za kierowcę żony, bo ona sama z tym bandyckim burdelem na naszych drogach nie dała by sobie rady. A to 17 km w jedną stronę.
    Autko mam miejskie, wygodne i zwinne. I ekonomiczne - ok. 5l/100km.

    Opieram się wyłącznie na tym, co sam Einstein pisał. Inni oczywiście dbali, by był kimś.
    To są jeszcze nie całkiem wyjaśnione sprawy.
    Najbardziej ciekawa jest, jak ten złodziej Thomas Alva Edison okradał geniusza Teslę. Chyba nadal jedynego człowieka, który w pełni zrozumiał elektromagnetyzm.
  • @Janusz Kamiński 12:17:27
    Od dwudziestu lat uważam, że rozsądnie mieć trzy auta niekoniecznie nowe, chyba że chodzi o wizerunek prezesa to dobrze nowe, nawet na krechę.

    Ostatnio miałem konfigurację: gokard nissan, właściwie dwuosobowy, z niespecjalnie pojemnym silnikiem, ale przy tej masie.. Jednak nie byłem zadowolony, za mało KM/kg. Modernizacje tego stanu rzeczy zatrzymał kryzys światowy. Jak to śmiesznie brzmi..:))

    Limo poczciwe niemieckie i pakowne, też w zasadzie z zacnym silnikiem pozwalającym na wyprzedzanie bez redukcji.

    Oraz czołga dostawczego, muła.

    Jak ktoś ma zasadne, to jeszcze ciężarówka, ale u mnie niezasadne.

    Tak jest opty, wszystko jest od czegoś..

    Teraz mam sedana z nienachalnym silnikiem, którego przerobie na monstera, bo porzuciłem zgiełk miasta i przydaje się traktor. Tylko cały czas nie wykombinowałem jak WOM wyciągnąć..

    3,5V6 w SUVie bo się zestarzałem i nie mam już serca i nerwów do przecinaka. Oryginalne za to ceniłem zawsze. Niby ma gaz (z gazem kupiłem), choć to trochę herezja, bo jak mówi stara maksyma:
    "Jeśli nie masz na paliwo, to nie jedź, a nie pchasz żebracki gaz w dolot."
    Znaczenie tej maksymy, rośnie wprost proporcjonalnie, wraz z pojemnością i wartością jednostki napędowej.
    Więc powyżej 3litrów, gaz staje się już herezją.

    No i muła.., też lepiej 2,8 raczej w dieslu, mniej się człowiek denerwuje...

    -----------------
    Więc z całą pewnością nie kupię hybrydy:))

    Sami zeszliście na motoryzację, więc gdy słyszę o oszukańczych hybrydach i samochodach na kablu, to się ustosunkowałem. Proszę o wybaczenie.

    Nawiasem mówiąc, są miejsca gdzie chodzenie z kijkami z telewizji, uznaje się za obciach w sytuacji, gdy delikwent taki połamany nie jest, żeby się podpierać..:))
    Tak więc, sporo chodzę bez kijków xD

    Napoleon niewątpliwie przeszedł do historii, plantator brukwi spod Gdańska nie.
    Pozatym, czy biografia Napoleona była przesądzona od początku? Innymi słowy, Napoleon miał szczęście, czy pecha?
    Wszak zawsze może być gorzej..
  • @Torin 00:37:54
    Od dłuższego czasu wolałem japońskie. Niezawodne i świetny współczynnik cena/ jakość. No i nowe. Na zamówienie sprowadzona z Japonii Mazda AWD, full wypas, o 100 tyś. tańsza od tak samo wyposażonego Audi, czy Volvo. Nissan Maxima też niezły. Honda też. Minus - drogi serwis.

    Wyrosłem najpierw ze ścigaczy, a potem z potrzeby prestiżu.
  • @Janusz Kamiński 01:50:46
    No można powiedzieć, że wyrosłem ze ścigaczy..
    Coś ciągnie..., ale potem robić lowridera z 300-500 kucami pod machą i martwić się na każdej studzience...
    Do tego dochodzą kwity. Na codzień to kręcę wokół słupa, nie problem, ale dwa, trzy razy, w roku mam grandturismo po kraju, od jednego słonia podtrzymującego mapę, do drugiego i wtedy twardkim muszę być oglądając kwitek orlena.
    Na dzień dzisiejszy efekt jest taki, że biorę zazwyczaj rudego sedana - srebrną strzałę, bo wydając na paliwo równowartość wozu, jestem sporo do przodu względem amerykańskiego bóstwa wymagającego ofiar.

    Prestiż.. to mnie chyba nigdy nie ciągnęło. Za to jakaś odmienność, renegacka duma. Cholera wie co to jest i chyba nie wyrosłem:))
  • @Torin 02:28:09
    Jakoś mnie te enuncjacje samochodowe nie podniecają.
    Mam Peugeuta Partnera (2007) i Boxera (2010). Najtańsze na rynku. Kupiłem używane - są dobre na moje potrzeby.

    A chodzenie z kijkami?
    3 lata temu nie mogłem wejść na piętro po schodach, a problemy ujawniły się przy porannym bieganiu (ponad 20 lat to robiłem). Na początku auta zatrzymywały się i padało pytanie - czy podwieźć .
    Teraz jest dużo biegających i nie stanowi to problemu.
    Cóż.
    Nie liczę, że Opara opracuje maszynę do uzdrawiania - muszę więc dbać sam o swój stan zdrowia, aby nie zardzewieć. Na razie pracuję normalnie. No może z nieco mniejszą wydajnością i tylko kilka godzin dziennie. Jak przeholuję - to później 2 dni leżenia. W sumie coraz bardziej nęci mnie żydowskie podejście do pracy - jednym palcem - wskazującym.
  • @Krzysztof J. Wojtas 08:16:30
    "Mam Peugeuta Partnera (2007) i Boxera (2010). Najtańsze na rynku. Kupiłem używane - są dobre na moje potrzeby."

    Doskonały wybór sir, szczególnie jeśli partner w miniwanie. Partner do wożenia ludzi, boxer do nieludzi. Rocznik też zacny, jeśli zadbane to miła promocja w cenie. Jak pisałem samochód nie musi być nowy, za to powinien być sprawny. Właściwie to moje są starsze. Szczególnie ten sedan leciwy.
    Moim zdaniem opinie o francuzach są niemieckie-krzywdzące. Jedno co mnie we francuzach czasem razi, to jak się wydaje nieprzemyślana zabudowa komory silnika, nie dająca dojścia do istotnych miejsc, ale nawet to może być subiektywne, bo miałem przypadki i VW też w niektórych modelach może mieć babole.
    ---------------------------
    Znaczy, o ile dobrze rozumiem - kręgosłup. Cóż, moją intencją nie było naigrywanie się z awarii. Sporo ludzi, szczególnie dam kijkuje bez jakichkolwiek usterek.
    Natomiast co do samych problemów z kręgosłupem są mi bliskie, bo ojciec ma zaawansowane schorzenia poważnie utrudniające życie, a sam.. lepiej już było, że tak powiem:))
    Pierwszy raz mi chrupnęło z 10lat temu, gdy podbiegałem, nomenomen, do autobusu. Podbiegałem intensywnie. Chrupnęło w fazie hamowania.

    Jak widać środki komunikacji publicznej mogą być niebezpieczne i wywoływać kontuzje.
    -------------------------------------

    Co do enuncjacji. Powinno się mieć jakieś hobby.
    Jak sądzę mój przypadek jest dziwny, niech pan sam oceni.
    W wieku młodzieńczym byłem raczej sceptyczny motoryzacyjnie i gdy inni panowie podniecali się różnymi pojazdami w dość typowy sposób, czasem również swoimi, ja przyjmowałem to dość chłodno.

    Zresztą nie miałem samochodu. Powody były mieszane. Faktycznie nie byłem krezusem, ale prawda była taka, że w ogóle nie czułem potrzeby, za to byłem rowerzystą i to półzawodowym, ale to pana pewnie też będzie nudzić, a na koniec odbierze pan to, jako przechwałki.

    Ukułem tezę, że prawo jazdy mi niepotrzebne, dopóki nie podejmę decyzji o posiadaniu pojazdu, a nie zamierzam.
    Teza wydaje się logiczna, ale nie uwzględnia jednak wielu zmiennych.

    Ostatecznie w dość późnym wieku, zrobiłem to prawo jazdy, bo nabyłem pojazd. No i się zaczęło:))
    Co przyjmowałem dość wstydliwie, starego chłopa bakcyl dopadł.
    Ostatecznie wylądowałem oczywiście w "klubie".
    To było dawno temu, z mojej perspektywy, bo co to znaczy dawno..

    Obecnie wręcz cierpię, nie mogąc "podłubać", gdyż jestem odmianą dłubiącą, nie lansującą się, a nie mogę podłubać bo brak czasu.

    Tu, znowu ukułem pewną tezę, która mówi, że jak są pieniądze, to nie ma czasu, bo taczki trzeba ładować, jak jest czas to nie ma pieniędzy, bo roboty nie ma:)
    Kolejna przykra dla mnie okoliczność, to że jednak nieużywany organ zanika, aby być dobrym trzeba ćwiczyć i zaczynam obserwować wtórny analfabetyzm. To co było ileś lat temu dla mnie banałem w wykonaniu, obecnie okazuje się jakimś problemem. To i przykre i irytujące.

    Nigdy nie używałem moich motoryzacyjnych pasji, czy posiadania, do jakiegoś wynoszenia się, za to pewna żyłka sportowa i tak była przecież wcześniej, więc nie pojawiła się wraz z silnikiem spalinowym.
  • @Torin 14:05:36
    Mam teraz ważniejsze sprawy: kształtuję, bo nie można tego nazwać budowaniem, kaskadę ze strumykiem wody.
    Ponoć się podoba, ale jestem niezadowolony. Woda zbytnio podcieka pod kamienie i w efekcie wypływa poza basen zbiorczy. Trzeba uzupełniać.
    Muszę jeszcze raz wszystko poukładać, a kamienie mają do 150 kg. Samemu ciężko, a synowie się migają - ja po pracy jeszcze się następnego dnia do czegoś nadaję, a oni tydzień potrzebuję na regenerację.
    To skutek kiepskiego jedzenia, za co odpowiedzialny jest Tusk!!!

    Nie myślałem, że taka mała kaskada to tyle roboty.
    Jak już będę zadowolony z wyniku, to całość obsadzę jakimiś pnączami (bluszcz), ale i inne zielska. Zobaczymy wtedy jak to będzie wyglądało.

    To na wzbudzenie zazdrości u sąsiadów....
  • @Krzysztof J. Wojtas 15:19:29
    He:)
    Cóż, sugerowałbym podsypkę pod te kamulce z betonu wodoodpornego w workach. Ustabilizuje kamienie i podłoże, oraz zabezpieczy przed podciekaniem/wyciekaniem w niewskazane miejsca. Lekuchno bym może zazbroił najtańszą siatką proforma, wtopioną tak jak grunt leci i kamienie cisną.
    Co do dźwigania, też mam ten problem i czasem podobne wagomiary. Nawet nie próbowałem tego targać "z krzyża". Słabnę na samą myśl, kawał drogi jeszcze, pod górę..
    Bloczki, drogi panie Krzysztofie. To nawet nie jest wolniej, to się tylko tak wydaje!
    Na boxerze, w moim przypadku dukaczu, "trójnóg" z łat drewnianych w tylnich drzwiach, na to bloczek, liną/pasem owijam kamulec i wybieram. Fakt, że dla bezpieczeństwa przyda się kabestan i knaga, ale można bez. Ludzie na bandzi też skaczą, tylko trzeba wtedy uważać. Nie obwijać liny na ręce i nie wkładać ręki w bloczek.
    No i sobie winduje na muła i dalej już jedzie.
    Rozumiem, że problem z podjazdem może być pod tą kaskadę wodną, ale to też idzie sobie ala "suwnicę" z drewna wyrzeźbić.
    Dla jednego kamulca pewnie nie warto, ale dziesięciu, dwudziestu?

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

ULUBIENI AUTORZY