Co ciekawe obydwa zdarzenia spowodowały niemal identyczne urazy: pęknięcie kręgów, ale bez uszkodzenia rdzenia, urazy głowy z pewnymi sugestiami neurologicznymi i uszkodzenia mostka (za pierwszym razem z pęknięciem kilku żeber).

Po opuszczeniu szpitala pojawiły się stany zapalne, które leczyłem już „domowo”.

Można zatem powiedzieć, że „warunki wyjściowe” były identyczne. Także w obu przypadkach miał miejsce stan utraty świadomości po wypadku.

 

Za pierwszym razem znalazłem się w szpitalu klinicznym AM na Banacha, za drugim w szpitalu na Barskiej.

 

Dowiezienie z miejsca wypadku odbywało się standardowo – czyli, mimo urazu kręgosłupa, bez kołnierza ortopedycznego. Nawet nie byłem przymocowany pasami do leżanki karetki. Już później zauważyłem brak zegarka na ręku, a raczej sam go nie zdejmowałem.

 

Obecny wypadek – to karetka na sygnale, a ratownicy zaczęli od założenia kołnierza. Dopiero po tym sprawdzili stan świadomości – chyba nie był najlepszy, bo nie pamiętałem zaleceń. W dalszej kolejności użyli nożyczek do rozebrania mnie ku sprawdzeniu, czy nie mam jakichś innych obrażeń uzupełniających. W transporcie ratownik cały czas kontrolował, czy „nie odjeżdżam”.

W szpitalu – natychmiastowy tomograf celem sprawdzenia stanu czaszki i kręgosłupa. Dalej, przez jakiś czas byłem monitorowany na izbie przyjęć i dopiero po tej wstępnej kontroli skierowany na oddział.

Tam przez całą noc  byłem kontrolowany a co dwie godziny pielęgniarka „nawiązywała kontakt” – celem sprawdzenia, czy nie następują jakieś zmiany w mózgu. Dopiero rano przewieziony zostałem do sali szpitalnej.

 

W pierwszym przypadku zostałem umieszczony na sali, a jedyną czynnością było podanie kroplówki. W nocy żadnej obsługi – ponieważ nie udało mi się wezwać pielęgniarki – zwlekłem się z  łóżka i „po ścianie” dotarłem do toalety. Straszna eskapada.

W drugim dniu pobytu dokonano prześwietleń itd. Brak informacji o stanie. Założony wenflon zaczął mi mocno dokuczać. Podejrzewałem stan zapalny, ale pielęgniarka nie zareagowała twierdząc, że wszystko w normie.

Trzeciego dnia, na własne życzenie, zostałem wypisany; największą ulgą było wyjęcie wenflonu. Przez dwa tygodnie „dochodziłem do siebie” i prowadziłem oszczędny tryb życia.

 

Co jeszcze dodać? Jedzenie było niesmaczne, a wobec ograniczeń ruchowych – w zasadzie niewiele jadłem. Żadnych dodatkowych usług. Nawet odmówiono mi podniesienia podparcia. W każdym przypadku dało się odczuć konieczność „stosowania dodatkowych gratyfikacji”.

 

I dla porównania. Obecnie, wobec konieczności leżenia  - byłem karmiony, a kanapki dzielone na cząstki, aby można było po nie sięgnąć i włożyć do ust. Jedzenie bardzo smaczne.

W ciągu dnia w salach pojawiał się personel (rehabilitanci i in.), który pomagał  i podpowiadał możliwości jakie mogą występować na danym etapie leczenia. Sąsiad z sali miał też przypadek z tworzącym się stanem zapalnym związanym z wenflonem; po zgłoszeniu natychmiast ustrojstwo zostało założone w innym miejscu.

Drugi z sąsiadów, samotny a przy tym o bardzo utrudnionym poruszaniu się, został „z dobroci serca” (bo nie miał czym zapłacić) ogolony i ostrzyżony.

 

Medycznie – zakres badań pełny. Wobec braku specjalistów – byłem kierowany na konsultacje, bądź  konsultacje odbywały się na miejscu.

 

Tym razem także chciano dłużej doświadczać mojej obecności, ale udało mi się namówić lekarza prowadzącego na usunięciu mnie z tego grona . Akurat okazało się, że to kolego syna ze studiów – zostało przyjęte poręczenie kontroli (może jednak lepiej było zostać, bo cokolwiek wziąłem do ręki natychmiast odbywał się jazgot, że nie wolno nic podnosić. Dobrze, że chociaż siusianie nie było poddane temu rygorowi).

W domu do pracy mam do dyspozycji tylko palec wskazujący – chyba dokonać mogę już konwersji na judaizm.

 

I to by było o porównaniach z punktu widzenia pacjenta niechętnego pobytowi w szpitalu. Porównanie na pewno tylko fragmentaryczne i nie dające pełnego obrazu sytuacji. Jednak wyraźne w symptomach. I stwierdzenie jednego z pielęgniarzy, że już nie wypłacono im jednej pensji. Syn zaś dodał (inny szpital), że stracili kontrakt, co zaowocuje zmniejszeniem ilości zabiegów.

Czyli – jeszcze wszystko funkcjonuje i to na przyzwoitym poziomie. Tylko – jak długo?